Za nami 82-ga rocznica wybuchu Powstanie Warszawskiego. Obejrzałem fragmenty wczorajszego koncertu na Placu Piłsudskiego w Warszawie. Koncertu, który przeradza się z biegiem lat w ludową imprezę na wolnym powietrzu. Wiem, że to widowisko może się podobać zgromadzonym na Placu i przed telewizorami. Tylko, że to jest wypaczanie historii na potrzeby rzesz ludzi i dla wygody polityków. Dla mnie jest to jeden z wielu przejawów polityki historycznej. Może tym różniącej się od innych tego typu zabiegów, że nie ogranicza się tylko do inicjatywy i narracji narzucanej przez bogo-ojczyźnianą prawicę. Biorą w tym udział media, politycy wszystkich odcieni i ..niestety… historycy.
Koncert to były piosenki i przekazy powstańcze koncentrujące się na patriotyzmie, odwadze, miłości itd. Można było odnieść wrażenie, że Powstanie to była jakaś pokoleniowa przygoda sprzed 80-ciu laty.
Kilka uwag.
Na koncercie nie zaprezentowano ludziom skali strat ludzkich, materialnych i strat z obszaru szeroko rozumianego dorobku historyczno-kulturowego. Nie było piosenek o mordowanych ludziach czy refrenów z głosami matek czy dzieci krzyczących ze strachu tuż przed nieuniknioną śmiercią. Nie było piosenek o świadomie podejmowanym ryzyku przez dowódców Powstania. Nie było też piosenek o tych, którzy z Warszawy musieli uciekać i nigdy już nie wrócili. To się nie sprzedaje, bo po prostu nie nadaje się na patriotyczny happening. To jest ze zbiorowej świadomości wypychane. Przez wszystkich, w tym i tych stojących na Placu Piłsudskiego.
Dla tych co lubią podejście matematyczne w liczeniu strat, też nie widzę ratunku. Biorąc pod uwagę łączne straty ludzkie przez 63 dni Powstania, mamy ok. 3 tys. zgonów średnio dziennie. W porównaniu z okupacyjną codziennością, to makabrycznie dużo. Nie daje się też obronić teza, ze ludzie i tak codziennie ginęli w łapankach i rozstrzeliwaniach czy więzieniach bądź byli wysyłani do obozów zagłady w znacznej liczbie. Z danych jakie udało mi się znaleźć o przypadkach śmierci w okupacyjnej Warszawie, trudno znaleźć potwierdzenie, że śmiertelność dorównywała tej z czasów Powstania.
Czy Niemcy i tak zniszczyliby Warszawę, nawet gdyby Powstanie nie wybuchło? Też dyskusyjne. To skrajny wariant, którego historia nie zweryfikowała, bo wydarzył się inny. Ponadto skoro przywódcy Powstania liczyli na pozytywny scenariusz wydarzeń, to dlaczego w przypadku rzekomego wyburzenia miasta mamy zakładać skrajnie negatywny? To sprzeczne założenia przy porównywaniu scenariuszy.
Czy Powstanie miało w ogóle szanse skończyć się powodzeniem? To kwestia jak zdefiniujemy powodzenie. Problem celu, szans i sensu Powstania był tematem narastających dyskusji w gronie dowództwa ruchu oporu w kraju i rządu na uchodźctwie na wiele miesięcy przed jego wybuchem. Mam wrażenie, że historycy nie mają wątpliwości, że władze Powstania (tzn. ci z tego grona, którzy do decyzji się przychylili) nie miały wątpliwości, że rozpoczynają operację o ogromnym ryzyku. W ostatnich tygodniach i dniach przed decyzją o wybuchu napływały informacje dobre i złe. Chętniej przyjmowano te dobre.